piątek, 23 lipca 2021

Szczeliniec Wielki


 Wyruszyliśmy z rana, nie zważając na czekający na parkingu samochód, jako że szlak na Szczeliniec Wielki (905m n.p.m.) był oddalony o kilka minut spacerku od Dworku Karłów. Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz omiótł nas dotkliwy, intensywny chłód poranka, a dość intensywna mgła przesłoniła horyzont, jakby mleko z kosmosu wylało się na kulę ziemską. Wiedzieliśmy, że nie mamy daleko do celu, ale mimo wszystko nastawialiśmy się na wyczerpującą wędrówkę. Wizja przygody nie pozwalała mi zwolnić tempa. Droga była najpewniej piaszczysta, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, zarówno po lewej jak i po prawej zaczęły kształtować się niewyraźne kontury powstających dopiero ze snu straganów pamiątkowych, nie spodziewających się gości o tak wczesnej porze. Przeszliśmy obok nich w milczeniu, zwróciliśmy głowy ku szczytowi górskiemu, ku długo wyczekiwanemu celowi. Wyrastające z podłoża wzniesienie piętrzyło się przed nami, a delikatne, szybko pędzące chmurki łagodnie łaskotały go swoją aksamitną teksturą.




  Szczeliniec Wielki jawił się o mglistym poranku niebywale tajemniczo, odnosiło się wrażenie, iż góra ta skrywa przed nami setki sekretów, które w ekscytacji postanowiliśmy odkryć. Stoicki, dumny kształt oczekiwał nas w zadumie, która też w nas wpłynęła, gdy pomyśleliśmy o wyzwaniu, jakie nas czekało. 




Już na samym początku wędrówki spotkaliśmy podwyższenie, zaraz za którym piętrzyły się schody. Zdawało się, że szydziły one z nas, czego nie potrafiłem puścić płazem. Ruszyliśmy w kierunku rzucających nam wyzwanie obiektów i poczęliśmy pokonywać własne słabości. Tata piął się stanowczym, wytrwałym krokiem, a Pati ze zdumiewającą łatwością utrzymywała takie same tempo. Pochód zamykała mama, wykazując się wspaniałym hartem ducha, dążącym do pokonywania własnych słabości. Pośrodku wspinałem się ja, podążając za tatą i Pati w najbardziej chaotyczny, nieregularny sposób. Chwilami przyśpieszałem, aby utrzymać się w pobliżu prowadzących, aby nie długo później wyjrzeć przez ramię, by upewnić się, że mama nie poddała się w obliczu coraz większej bariery, powstałej ze zmęczenia, jednocześnie przeklinałem uwierający mnie, niegodziwy plecak, o upchanych w nim niedbale przedmiotach oraz nierównych ramionach. Ów dwa czynniki związane z plecakiem uczyniły podróż trudną i nieprzyjemną, do czasu, aż za moją prośbą tata zabrał trochę niewygodnych butelek o ostrych krańcach do swego plecaka. Od tego czasu miałem możność oddychania pełnią płuc i całkowitego delektowania się swobodą ruchu we wspaniałym leśnym otoczeniu. Upajając się świeżością powietrza z początku nie zauważyłem, że początkowo zwyczajną leśną drogę zaczęły urozmaicać dobrze nam znane głazy, jakie w takiej czy innej formie widzieliśmy w Skalnym Mieście, czy Błędnych Skałach. Dzięki temu zrobiło się jeszcze bardziej ekscytująco, a ja doznałem natchnienia, każącego mi chwycić telefon z aparatem do rąk i czynić wspaniałe, artystyczne zdjęcia przy każdej sposobności. Takim sposobem cała droga na szczyt zajęła mnie nieustannym fotografowaniem piękna natury. 






Minęło około pół godziny wędrówki, a my z uśmiechami na twarzach wchodziliśmy w zakręt. Wszystkie jednak wyrazy szczęścia odpłynęły od nas, gdy za zakrętem naszym oczom ukazało się schronisko oraz niespodziewanie szybko szczyt góry. Byliśmy na samej górze po pół godzinnym marszu. Nie potrafiłem temu uwierzyć, dopadł mnie gigantyczny zawód. Cudownie rozciągający się przepiękny widok na wysokościach nie był w stanie nawet w niewielkim stopniu odwrócić mej zrozpaczonej uwagi. Podzieliłem się z rodzicami swoimi gorzkimi emocjami, a oni okazali zrozumienie. Nie rozumiałem tylko jednego. Jak to możliwe, że w głowie dziadka powstały niesamowicie wspaniałe opisy podróży na Szczeliniec, które zapowiadały się jako coś niebywałego. Czyżby dziadek pierwszy raz się pomylił? Wydawało mi się to niedorzeczne, musiało być jakieś inne wytłumaczenie. Wkrótce miałem znaleźć odpowiedź na swoje wątpliwości, najpierw jednak musiałem poradzić sobie z niemiłosiernymi drganiami nóg i rąk podczas procesu robienia zdjęć na granicy przepaści, odgrodzonej jasna to rzecz barierką, ale mimo wszystko nie tracącej swojej pierwotnej straszności. Wybraliśmy się po sesji zdjęciowej w drogę powrotną, przez tak zwaną ścieżkę turystyczną. Zwrot akcji czyhał za rogiem. To, co wydawało się być końcem przygody, było tak naprawdę tylko jej początkiem. 








Zapłaciwszy za wstęp na ścieżkę turystyczną niewielką ilość pieniędzy znudzonym młodzieńcom, siedzącym w niewielkiej budce, prędko wyruszyliśmy przed siebie. Moje myśli podpowiadały mi, że skoro mamy do czynienia z drogą powrotną to zapewne powinniśmy lada moment zacząć schodzić po kolejnej porcji schodów. Nic bardziej mylnego! Droga z początku była prosta, o wręcz identycznym wizerunku co wcześniejsza ścieżka, a więc las poprzetykany skalnymi konstrukcjami. Wkrótce jednak wszystko się zmieniło. Wpadliśmy na schody kierujące nas ku górze, jakby krzyczące jednocześnie, że nic nie jest takie jak się na początku wydaje. Weszliśmy na górę z intensywnie bijącymi sercami, a przynajmniej moje nie potrafiło się uspokoić. Udało się pokonać ostatni stopień i oczom mym ukazało się dość obszerne podłoże kamienne, jako jedne z niewielu nie osaczone przez drzewa, ale za to otoczone przez fantastycznie spozierające na nas z góry skały. Dziadek wspominał mi o drodze, podczas której obserwować można fantastyczne głazy o własnych nazwach, wyrażających ich niepowtarzalne kształty. Jedne skały przywodziły na myśl wieże, inne maczugi, podobne do tej, którą mają w Ojcowskim Parku Narodowym, jeszcze inne rosły w oczach jako sylwetki zwierząt, na przykład wielbłąda, później widzieliśmy też słonia, a o małpoludziu jeszcze niebawem wspomnę. Na ów odsłoniętym terenie, wprawiającym w uczucie zarówno bycia odkrytym na wzrok niebiańskich istot, jak i też samego egzystowania w boskich zastępach, niczym jeden z mieszkańców Olimpu, wiatr dął w nas z potężną siłą, a nawet nie byliśmy na najwyższym punkcie widokowym. Jedna z wysokich i smukłych formacji skalnych kusiła nas niemym świstem wiatru, abyśmy na nią weszli po wąskich schodkach. Nie trzeba było nas długo prosić, pośpiesznie wręcz wysłuchaliśmy jej wezwań. Na górze rozciągał się zapierający dech w piersiach widok, a wrażenie stanięcia na granicy wyższych sfer niebiańskich, a ziemskiego padołu potęgował napastujący w nas z wielką siłą wiatr, przymuszający do skulenia się przed majestatem rządzących nami istot, dławiący zmarznięte części ciała i zamykający powieki. Uczyniwszy niechlujnie kilka zdjęć, których ciężar w wykonaniu krył się zapewne w fakcie, że bogowie nie wyrażali zgody na uwiecznianie wizerunku ich ponadludzkich zakamarków, zeszliśmy prędko na dół.










 Z trudem łapaliśmy powietrze, kierując się w spokojniejszą ścieżkę, już tradycyjnie kryjącą się pomiędzy uspokajającymi drzewami. Fantastyczny krzyk wiatru świdrował mi jeszcze uszy umysłu, gdy wsłuchiwałem się w równy krok wędrujących osób oraz starałem się odetchnąć w przytulnym leśnym zakątku. Nie mogłem być wtedy jeszcze pewien, czy nie powinienem chwytać ziemskiego spokoju póki miałem taką możliwość. Nie, to w żadnym wypadku nie był koniec odbierających mowę doświadczeń. Zdołałem trochę uspokoić mój umysł, przecisnąć się przez niewielkie skały i pokonać mostek, gdy moje myśli ponownie zostały rozpalone przez gwałtowne uderzenie weń kolejnym wspaniałym widokiem. Zatrzymaliśmy się, aby uwiecznić chwilę w kadrze aparatu, a następnie ruszyliśmy ponownie w głąb lasu. Po niedługim czasie jeszcze jeden, szeroko opasły widok wyróżniał się ciekawym obiektem po lewej stronie. Stał on wyprostowany i podziwiał Czechy z wysokości, może zastanawiał się tak jak ja, jaka nazwa kryje się pod zestawieniem zbiorowiska domków, z przepływającą pomiędzy nimi rzeczką. A może zwrócił uwagę na powtarzający się na każdym tarasie widokowym szczyt, przedstawiający wzorowy przykład góry stołowej? A może po prostu ów małopoludź delektował się ogółem tego co widział. Trudno było odebrać trafność nazwie, określającej tą formację skalną, jako że ta rzeczywiście wyglądała niczym trochę głowa małpy, a trochę człowieka. Zapewne w rysunkach, dotyczących teorii Darwina, można by z łatwością znaleźć podobnego skale osobnika. Spotkaliśmy na ów tarasie innych turystów i w zamian za to, że uczynili nam oni trochę zdjęć, my odwdzięczyliśmy się tym samym.




 Poszliśmy dalej i trafiliśmy do kuchni diabła, bądź czegoś co podobnie się nazywało. Prowadziły do niej wąskie schody, kierujące się w czarną głębię nieznanego. Pokonawszy stopnie i wąską szczelinę trafiliśmy do kolejnej szczeliny, ale o znacznie większej, majestatycznej skali. Weszliśmy po kilku schodach w dół, nie wiedząc, że ów szczelina pozbawiła nas życia, zassała je wbrew naszej świadomości. Przemknęliśmy przez kolejny wąski przesmyk, a spojrzawszy w pewnym momencie w chłodną i ciasną przestrzeń pomiędzy skałami ujrzeliśmy brudny, stwardniały i o niewielkiej ilości, ale jednak będący tam w czasie lata śnieg. Nazwa dalszej trasy ścieżki tłumaczy, dlaczego we wcześniejszych przesmykach wyzionęliśmy ducha. Otóż oczekiwało nas piekiełko. Dwie ogromne skalne ściany po bokach, dość szerokie zagłębienie zalane częściowo wodą i wszędobylska zieleń, wyłaniająca się z każdej możliwej szczeliny zachwycały swym urokiem, uspokajając nasze skołatane myśli, nie specjalnie cieszące się wizją piekła. Przebrnęliśmy przez nie z uśmiechami na twarzach, ale to zapewne z powodu ciemnych mocy, działających na nasze nieświadome umysły, usypiające je przed wyciskającym siódme poty czyśćcem. Strome, wysokie, wilgotne schody, kryjące się w wąziutkiej szczelinie i łańcuch do przytrzymywania swego styranego ciała, taka właśnie droga prowadziła nas ku oczyszczeniu. Z potem na czole, przy akompaniamencie ciężkiego wdychania powietrza wgramoliliśmy się na górę, a stoicki spokój, wionący pięknem kolejnego widoku witał nas w punkcie podróży nazwanym niebem, po angielsku nie ,,sky”, a ,,Heaven”. Tak jak inni turyści nie chcieliśmy szybko opuszczać tego magicznego miejsca i rozsiadłszy się wygodnie spożyliśmy zabrane ze sobą zapasy pożywienia i zasysaliśmy cudowność niebiańskich widoków. Cały świat leżał u naszych stóp, byliśmy ponad nim, byliśmy wyjątkowi, zasłużyliśmy na odpoczynek, przebywając wyczerpującą drogę. Czas uczty dla wszystkich zmysłów musiał jednak się skończyć, byliśmy zmuszeni wyjąć głowy z obłoków i zejść na ziemię, w dalszą drogę.









 Napotkaliśmy las i skały, kolejne ciekawe formacje, później bardziej rozległą przestrzeń ze wspomnianym przeze mnie wcześniej słoniem i choć zachwycałem się tym pięknem, to tęskniłem ku niebiańskiemu spokojowi. Jeszcze dwa tarasy widokowe nam pozostały i prezentowały najbardziej wyczekiwany przeze mnie widok. Ujrzałem drogę ze straganami, którą tu przyszliśmy, a także wiedziałem, że pomiędzy drzewami kryje się nasz dworek Karłów. Zrobiliśmy zdjęcia, fotograf stał na jednym tarasie, pozujący na drugim.







 Nadszedł czas na zejście. Schodząc i zachwycając się ostatnimi już formacjami skalnymi myślałem o tym jak wiele tego dopiero co rozpoczętego dnia zdążyło się wydarzyć. Podczas gdy schodziliśmy jasne słońce górowało wysoko na niebie i rozświetlało cały Szczeliniec Wielki, otoczeni byliśmy przez licznych turystów, a gwar rozmów dobiegał nas z kilku stron naraz. Zupełny kontrast tego co było na początku, czyli tajemniczego spokoju, mgły i ciszy, obiecujących wspaniałe przeżycia, ekscytujące tajemnice, okazało się też że zaskakującą huśtawkę emocji ze skrajnie negatywnego rozczarowania do egzaltacji zachwytu. Coś pięknego.


 W drugą stronę ścieżka ze straganami mieniła się już nieskończoną paletą barw i kusiła zapachami oscypka. Daliśmy się skusić, kupując trochę góralskiego sera oraz piękny kamień jako pamiątkę, wzięliśmy też tradycyjnie magnes.



Obiad zdecydowaliśmy się spożyć w restauracji w naszym dworku, która przypodobała mi się jasnym, schludnym, choć raczej morskim wystrojem oraz sympatycznym kelnerem. Oczekiwanie na posiłek, wybrany z menu, o nieprzytłaczającej, wystarczającej ilości dań, nie trwało długo. Obiad był naprawdę smaczny, a jedzenia wręcz było co nieco za mało, gdyż chciałbym móc dłużej delektować się jego smakiem. Porcja mimo wszystko była wystarczająca, aby się porządnie najeść. Ceny umiarkowane.



Bez problemu można znaleźć wolne miejsca parkingowe niedaleko od początku szlaku w pobliskich pensjonatach. W czasie naszej wizyty, każdy mógł zaparkować na parkingu Dworku Karłów bez dodatkowej opłaty. 


Bezpłatne toalety znajdziecie na samym początku szlaku, później jest płatna ubikacja w schronisku.



Koniecznie wracajcie płatną trasą turystyczną. To tam dopiero zaczyna się prawdziwa górska przygoda. Nie polecamy wyprawy z wózkiem. Dla psa może to być uciążliwy szlak. Warto wybrać się z rana, gdy jeszcze nie ma wielu turystów.

.Autor Jakub Wleciał