czwartek, 13 kwietnia 2017

Jak zepsuć dziecku święta.

Odkąd pamiętam wszystkie święta wyprawiała moja babcia Fela, która była mistrzynią gotowania. Nie myślcie jednak, że to była taka zwykła babcia. O nie. Moja babcia przed wojną studiowała fizykę, podczas wojny została wywieziona na Sybir, skąd trafiła do Afryki, gdzie nauczyła się płynnie mówić po angielsku. Gdy byłam mała uczyła mnie angielskiego, potem przygotowywała mnie do egzaminu z matematyki do szkoły średniej, który dzięki niej dobrze mi poszedł. To u niej spróbowałam jak smakują żabie udka, robiła najlepsze zapiekanki na świecie, przepyszną kaczkę z jabłkami, boską szarlotkę i ubierała mnie w mini spódniczki.





Do babci Feli na święta zjeżdżała się cała rodzina, czyli ciocia Misia z rodziną i wujek Marek z rodziną. Zawsze było bardzo wesoło przy świątecznym stole, ponieważ wujek Marek miał niesamowity dar opowiadania, bardzo śmiesznych opowiastek z własnego życia. Trudno powiedzieć ile było w tym prawdy, a ile fantazji, ale całe towarzystwo przy stole płakało ze śmiechu. Wujek Marek w ogóle był osobą specyficzną. Była to dusza artystyczna, wynalazca i wielki kawalarz. Podczas studiów na ASP wyczyniał takie kawały, że cały akademik go znał. Podobno, któregoś razu z kolegami, ucharakteryzowali jednego z nich na trupa z siekierą w plecach i zaczęli wrzeszczeć. Cały akademik podnieśli na nogi. Co było dalej lepiej nie opowiadać. Tych historyjek było cała masa. 
Czyli jak widzicie święta przebiegały w radosnej atmosferze. Nastał drugi dzień świąt, czyli lany poniedziałek. Od rana w naszym domu, bo my nie mieszkaliśmy z babcią, trwały pośpieszne przygotowania do przyjęcia gości, czyli wujka Marka z synem i synem cioci Misi. Moja mama i moi dwaj bracia nalewali wodę do wiader, butelek, garnków i czego tylko się dało. Co rusz ktoś wyglądał, czy goście już przyjechali. Oczywiście oprócz zapasu wody, każdy musiał być ubrany odpowiednio w płaszcze przeciwdeszczowe.
w pewnym momencie, któryś z braci drze się od okna. PRZYJECHALI przygotować się :D Z czarnego maluszka wyszła banda ubrana w stroje przeciwdeszczowe, kalosze z wiadrami wody i innym sprzętem :) na czele z szalonym wujkiem Markiem.

I tutaj zaczyna się mój dramat, którego nigdy nie zapomnę. Mój tata, który poczucia humoru nie miał za grosz, bierze mnie za rękę i prowadzi do łazienki pomrukując z niezadowoleniem, że stary chłop (wujka ma na myśli) i takie głupoty mu do głowy przychodzą. Zamyka nas na klucz w tej nieszczęsnej łazience i całą najlepszą zabawę jaką mogłabym mieć w dzieciństwie przesiaduję zamknięta w łazience razem z tatą. A zabawa musiała być przednia, bo cała klatka schodowa i nasz przedpokój pływały w wodzie. I tak było kilka lat z rzędu.





19 komentarzy

  1. Odpowiedzi
    1. Pewnie myślał że chroni tę swoją małą królewnę, czyli mnie, ale to nie było konieczne.

      Usuń
  2. :( Miałam podobnie. Dlatego teraz sobie odbijam i sama z dzieckiem się pcham na lanie wody.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku...co za historia. Dzieciństwo zmarnowane, jak nic ;)
    Planuję w tym roku dzieci wystawić na taras, wylać po kuble wody i do domu wciągnąć :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady z tym zmarnowanym dzieciństwem :) Gdy byłam starsza nadrobiłam na podwórku z koleżankami :)

      Usuń
  5. uuuu... ;( Odbiłabym sobie teraz z dziećmi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojej jak przykro. Współczuję. Ja już od paru lat nie widziałam na ulicach żeby ktoś się oblewal woda i jakoś zawsze mnie to omijalo

    OdpowiedzUsuń
  7. O matko, jakie straszne zakończenie!
    Lany Poniedziałek to dla mnie był najfajniejszy punkt Wielkiejnocy. Z dzieciakami z sąsiedztwa biegaliśmy z wiadrami, butelkami, sikawkami. Raz nawet w przypływie szaleństwa odkręciliśmy hydrant, za co zresztą - słusznie! - nam się nieźle dostało. Chciałabym, żeby moje dzieciaki miały takie wspomnienia!

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda. U nas też po klatce się wjadrami lało. Nikt nie był zły bo to tradycja. Chociaż przed wyjazdem do kościoła trzeba było się od wiader chować bo nikt nie chcial dojechać mokry. Ale już po to co innego.suler były te lane poniedziałki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Szkoda a to dla dziecka największa atrakcja w Święta. :) Dobrze, że nadrobiłaś w późniejszym wieku :D. Super wspominam te czasy, ganianie z butelkami po klatkach schodowych i krzyki sąsiadek żeby lać się na dworze :D

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja dziecku sama pistolet na wodę kupiłam, hi hi.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja miałam na odwrót. Mieszkaliśmy na parterze i czekaliśmy z mamł na balkonie, kiedy przejdą obok nas sąsiedzi. Laliśmy się do opamiętania i to jedno z piękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Niestety, czasem dla dobra sprawy i porządku rodzice psują dzieciom zabawę...

    OdpowiedzUsuń
  12. Przypomniało mi się jak 4 lata temu pojechaliśmy do dziadków w lany poniedziałek. Typowy zjazd rodzinny, ładna pogoda i zeczeło się wielkie lanie... Ja, moja siostra, bracia cioteczni itd. W ruch poszły garnki i wiadra aż w końcu wujek który tam mieszka zakręcił nam wodę :-P

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytam, czytam i liczę na jakieś super zakończenie a tutaj takie rozczarowanie :( Aż mi się smutno zrobiło, że musiałaś tak zamknięta siedzieć kiedy inni bawili się w najlepsze.

    OdpowiedzUsuń
  14. Uwielbiam takie historie! Kapitalnie to opowiedziałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Ani razu nie wpadłaś na pomysł oblania taty w łazience? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy, byłam zbyt grzecznym dzieckiem.

      Usuń

Z góry dziękuję za wszystkie komentarze :) Agnieszka


O mnie

Moje zdjęcie

Mieszkam w urokliwym mieście Łomża. Żona i mama 2 super dzieciaczków: Kubusia i Patrycji. 
TOP